Przemek i jego historia – część 3
Posted by admin | Posted in Opowiadania | Posted on 13-12-2009
Tagged Under : anarchia, butelka, historia, miasto, przemek, strach
Żadnego ruchu ani dźwięku jakiegokolwiek ruchu, jedno wielkie nic. Było sporo pootwieranych okien w kamienicach i domach. Bo gorąco, oczywiście, ale mimo tego Przemek poczuł porządnie schłodzony pot na swoich plecach i sunący pod skórą dreszcz. Jechał dalej i nic. Puste sklepy, sklepiki, przystanki, stojący na ulicy autobus, pełno samochodów, ławki na parku, nawet niewielki market. Żadnej oznaki żywego ducha, żadnego zabłąkanego psa, kota, czy choćby ptaka, żadnej reakcji na głupie, trywialne, ograne przez filmy krzyki w stylu ‘halo’, ‘jest tu kto’ itp. Wjeżdżając na ulicę rozległego blokowiska usłyszał dźwięk, ściślej – muzykę. Tchniony energią nadziei popedałował szybciej nie zważając na protest lewej stopy. Prawie wszystkie okna, jak w kamienicach, były otwarte i to właśnie z jednego z nich, na trzecim piętrze, płynęła ta muzyka. Przemek od razu ją rozpoznał – ‘Torture me’ Red Hot Chilli Peppers, kapeli, która dostarczała mu wielu przyjemności kilka lat temu, kiedy została wydana. Teraz przyjemność nie osiągnęła zadowalającego poziomu, ale podziałało to na Przemka pozytywnie.
- Heeej! – krzyczał w stronę rozśpiewanego okna. – Ludzie! Eeeej, jest tam ktoś? Przełączcie na ‘Hump de Bumb’! – dodał po chwili namysłu. Odstawił rower i udał się do budynku. Klatka ogranięta była rozkosznym chłodem. Po męczącej, stękliwej wspinaczce stanął przed drzwiami, za którymi rozbrzmiewała muzyka i nacisnął dzwonek. Znowu, znowu, zapukał, zastukał, znowu zadzwonił, tym razem nie puszczając przycisku przez około minutę.
Roztrzęsiony chłopak próbował wyłapać w radiu jakąkolwiek żywą stację. Zero. Telewizor również – zakupiony Cyfrowy Polsat oferował dziesiątki programów, ale żadna nie nadawała. Telefon milczał. Przemek usiadł w kuchni, zaczął obgryzać paznokcie, co było manifestem jego niespokojnych myśli, dziesiątek, a może i setek nieuporządkowanych przemyśleń w głowie, porozrzucanych bez żadnego porządku. Totalna rozsypka, umysłowa anarchia. Bał się. Wyciagnął z lodówki zapuszkowane piwo i opróżnił je kilkoma długimi łykami. Chciał się uspokoić, a doskonale wiedział, jak alkohol może mu szybko w tym pomóc. Drugiego nie było, więc otworzył w salonie barek rodziców, w którym stało kilka butelek wytrawinych i mniej wytrawnych win. Wziął jednak pełną butelkę Soplicy. Pomyślał przez sekundę o ewentualnych konsekwencjach tego, gdy wrócą rodzice, ale szybko przypomniał sobie, co zastał w swoim mieście (!pustkę!) i uznał, że to będzie dobre wytłumaczenie, jeśli kiedykolwiek będzie miał okazję je wygłosić. Jeszcze tylko wziął z kuchni pomarańczowy sok w kartonie i rozpoczął tłumienie strachu. Piętnaście minut później nerwowe ciśnienie zmalało o kilka hektopaskali. Pół godziny później zaczął podśpiewywać.- Wiesszzorem, pszzed mym domem, wystawię ekran i wyświetlę w nim…Godzinę później obijając się o ściany i futryny poszedł wylać z siebie to, co wypił. Dziesięć minut później spał.
Tuż przed domem biegła ulica, pod drugiej stronie rozciągały się proste rządki identycznych domów. Na ulicy stał niebieski renault, bez kierowcy i pasażera. Przemek włączył radio, lecz nie usłyszał nic, prócz głuchej, płaskiej ciszy. Po bezowocnych poszukiwaniach jakiejś żyjącej stacji, wziął kubek i poszedł do salonu, gdzie rozsiadł się wygodnie, podsuwając przed fotel okrągłą pufę i kładąc na niej wyprostowane nogi opadł na fotel. Pilotem włączył telewizor, ale zamiast kolorowych, głośnych reklam, telezakupów, prezenterek i prezenterów, teleturniejów i tanich, podrzędnych telenoweli – zamiast tego, zobaczył śnieg. Walka mrówek. Przeskoczył kilka kanałów z tym samym rezultatem, czując zniesmaczenie. Zgasił telewizor, oparł się wygodnie i spokojnie, bez pośpiechu, popijał gęstą kawę.
Najpierw doświadczył niezaprzeczalnego dowodu, iż żyje – bólu. Lewa kostka pulsowała tępym, dokuczliwym bólem. Następnie powiekami odsłonił wnętrze swojego pokoju i panującego w nim, jak to zwykł określać, uporządkowanego chaosu. Tu i tam leżały gazety i książki, porzucone po szybkiej, wypychającej lukę wolnego czasu lekturze, spodnie, bluzki, koszule, skarpety (również wystające z szuflad, jakby chciał stamtąd uciec). Lubił taki bałagan – wszystko było pod ręką. Biurko, na którym tkwił komputer pc i stosy płyt, stało, gdzie zawsze, czyli tuż obok łóżka. Rolety dzielnie radziły sobie z porannymi promieniami słońca, na tyle mocnymi, by Przemek mógł wykalkulować na podstawie prześwitu, że pospał trochę dłużej niż zwykle. Zegarek wskazywał na 11.14, więc jednak nie było tak późno. Przemek przeciągnął się leniwie i powoli, po czym usiadł i spojrzał na opuchniętą kostkę. – Cholera… Brawo, Beckhamie, pomyślał, mogłeś jeszcze bardziej wczoraj szarżować. Grał z kumplami ze szkoły cotygodniowy meczyk, podczas którego koniecznie musiał wcisnąć nogę między piłkę a nogę Rykuna, najmasywniejszego atakującego, jakiego to boisko oglądało, ratując bramkarza z opresji, ale swoim kosztem. Bolało, choć nie tak, jak teraz. Czuł się, jakby centrum jego ciała umieszczone było w tym podrażnionym punkcie i bardzo uważał, by nie naruszyć jego harmonii. Wstał powoli i ostrożnie, ubrał jeansowe spodnie, koszulkę, a wychodząc z pokoju wziął swoją komórkę, której wyświetlacz informował o aktualnym braku sygnału. Zszedł po schodach trzymając się barierek, przezornie stawiając lewą stopę na niższym stopniu. Było całkiem ciepło, co zapowiadało kolejny, upalny, przepocony dzień. Zszedł do korytarza, po prawej miał wejście do sporego, obszernego, elegancko umeblowanego salonu. Jedynym ruchomym przedmiotem był kręcący się leniwie, zwisający z sufitu wiatrak. Po przeciwnej stronie salonu stały frontowe drzwi, a naprzeciw Przemka rozpoczynała się kuchnia i właśnie do niej zmierzał. Dom był pusty, było cicho, spokojnie i przyjemnie, więc Przemek racząc się tą chwilą wstawił wodę na kawę w elektrycznym czajniku, usiadł i zastanawiał się, gdzie się podziewali jego rodzice, siostra, brat i pies w sobotnie, cieplutkie przedpołudnie.Zalał wrzątkiem kubek kawy z wygrawerowanym napisem ‘Przemuś’. Nie słodził. Kawa swoim gorzkim smakiem ma pobudzać uśpione zmysły, a cukier siał słodkawe spustoszenie, co na kilometr mijało się z celem. Zamieszał. Wyjrzał przez okno na oświetlone słońcem osiedle, w którym przeżył całe swoje dziewiętnaście lat. Zwykłe, polskie osiedle jednorodzinnych domków.