Mieszkanie i miasto
Posted by admin | Posted in Opowiadania | Posted on 26-12-2009
Tagged Under : dom, kacper, miasto, michał, mieszkanie, szczerość
Znajdą miłe mieszkanie i po prostu będą żyli szczęśliwie, wyzwoleni od problemów upadłej cywilizacji, podatków, niebezpieczeństw, jakie codziennie spychały ludzi do grobu. Tylko my i świat, podsumowała. To piękne.
- Chodzi mi o to, skarbie, że teraz nie ma ludzi, czyli nie ma nic. Możemy się w końcu zająć sobą, swoimi sprawami. Pamiętasz, gdy mówiłam, że chcę dziecko, mówiłeś że nie mamy pieniędzy, nie jesteś gotowy i tak dalej. Ja dalej bym je chciała mieć, bardziej gotowi raczej nie będziemy, a pieniądze znaczą teraz tyle, co nic.
- Zobaczymy w Gdyni – zakończył. I właśnie to ją denerwowało. Sprawy zagłady rozkminiał godzinami, nie dochodząc do żadnego rewelacyjnego wniosku. Nawet jeśli by doszedł – co z tego. Kto go za to pochwali, co mu to teraz da? A sprawy ich dotyczące zamykał jednym, konkretnym zdaniem.
Martwiła się o niego. Kochała go i czuła, że przechodzi jakąś zmianę, coś w nim buzuje. Na gorsze. Już dawno nie powiedział żadnego dowcipu, żadnej kąśliwej uwagi, którymi w przeszłości rzucał na wszystkie strony, szczerząc zęby. Przycichł, spochmurniał – bała się tego. Nie takiego go pokochała. Uwielbiała go za to, iż mimo zerowej wiedzy na temat dorosłego, prawdziwego życia, obiecał że się nią zaopiekuje i będzie przy niej. Bała się tego, ale niedługo, wygląda na to, ona będzie musiała zacząć się nim opiekować.
Usiedli na schodach, którymi ponad którymi zaczynało się miasto.
Pssstyk! – Kacper pierwszy otworzył piwo. Wpatrywali się w słońce, wściekle pomarańczowo-czerwono-żółte niebo. Amelia wyciągnęła paczkę slimów, zapaliła jednego papierosa. Kacper popijał Żubra, Amelia zaciągała się papierosem. Łyk piwa, zaciągnięcie szluga. Piwo, szlug, piwo, szlug.
Fascynowała ich ta pora dnia – kompletne wyciszenie, widok jak z bajki Disneya, łatwo się myślało, zwłaszcza jeśli nie miało się nic innego do roboty, jak w ich przypadku. Zostali przecież sami! Prawdopodobnie cały świat był ich prywatną posesją.
- Kacper… to co będzie z nami? – poważny ton, duża przerwa przed pytaniem. Zaczynała się poważna rozmowa, delikatna gra. Wiedzieli, iż podczas takich rozmów między sobą z łatwością mogą się zranić, ponieważ byli wobec siebie brutalnie szczerzy. Należało uważać na słowa, pilnować się, by nie dźgnąć nerwu.
- Nie chcę by było jak teraz. Te imiona… – nie musiała kończyć. Kacper bardzo nalegał ze zmianą imion, dla niego kryła się za tym filozofia nowego początku. Jednak jej to nie odpowiadało. Pokochała Michała, nie Kacpra, nie chciała udawać, że urodziła się kilkanaście dni temu, kiedy Kacper… kiedy Michał wpadł na ten pomysł. A one niepotrzebnie uległa. – Nie zrozum mnie źle. Nie odpowiada mi po prostu życie udawane, takie wiesz, że niby nic wcześniej nie miałam. Chcę żyć z pełną świadomością, pogodzona z przeszłością, rozumiesz?
Żadnego ruchu ani dźwięku jakiegokolwiek ruchu, jedno wielkie nic. Było sporo pootwieranych okien w kamienicach i domach. Bo gorąco, oczywiście, ale mimo tego Przemek poczuł porządnie schłodzony pot na swoich plecach i sunący pod skórą dreszcz. Jechał dalej i nic. Puste sklepy, sklepiki, przystanki, stojący na ulicy autobus, pełno samochodów, ławki na parku, nawet niewielki market. Żadnej oznaki żywego ducha, żadnego zabłąkanego psa, kota, czy choćby ptaka, żadnej reakcji na głupie, trywialne, ograne przez filmy krzyki w stylu ‘halo’, ‘jest tu kto’ itp. Wjeżdżając na ulicę rozległego blokowiska usłyszał dźwięk, ściślej – muzykę. Tchniony energią nadziei popedałował szybciej nie zważając na protest lewej stopy. Prawie wszystkie okna, jak w kamienicach, były otwarte i to właśnie z jednego z nich, na trzecim piętrze, płynęła ta muzyka. Przemek od razu ją rozpoznał – ‘Torture me’ Red Hot Chilli Peppers, kapeli, która dostarczała mu wielu przyjemności kilka lat temu, kiedy została wydana. Teraz przyjemność nie osiągnęła zadowalającego poziomu, ale podziałało to na Przemka pozytywnie.
Tuż przed domem biegła ulica, pod drugiej stronie rozciągały się proste rządki identycznych domów. Na ulicy stał niebieski renault, bez kierowcy i pasażera. Przemek włączył radio, lecz nie usłyszał nic, prócz głuchej, płaskiej ciszy. Po bezowocnych poszukiwaniach jakiejś żyjącej stacji, wziął kubek i poszedł do salonu, gdzie rozsiadł się wygodnie, podsuwając przed fotel okrągłą pufę i kładąc na niej wyprostowane nogi opadł na fotel. Pilotem włączył telewizor, ale zamiast kolorowych, głośnych reklam, telezakupów, prezenterek i prezenterów, teleturniejów i tanich, podrzędnych telenoweli – zamiast tego, zobaczył śnieg. Walka mrówek. Przeskoczył kilka kanałów z tym samym rezultatem, czując zniesmaczenie. Zgasił telewizor, oparł się wygodnie i spokojnie, bez pośpiechu, popijał gęstą kawę.